| << | Luty 2010 | |
| Pon | Wt | Śr | Czw | Pią | Sob | Nie |
| 1 | 2 | 3 | 4 | 5 | 6 | 7 |
| 8 | 9 | 10 | 11 | 12 | 13 | 14 |
| 15 | 16 | 17 | 18 | 19 | 20 | 21 |
| 22 | 23 | 24 | 25 | 26 | 27 | 28 |
Księga gości
| O mnie |
 |
| mareczekw1968 |
|
|
| Słówko o mnie |
| Ja..... któregoś dnia wsiadłem na łódkę i wypłynąłem w świat. W tej chwili pływam, szukam złota, skarbów, poluję na krokodyle, buduję obóz ekoturystyczny. |
| Zobacz mój profil |
|
| Statystyki |
Liczba osób które odwiedziły mojego bloga:
4997
|
Liczba osób które skomentowały mojego bloga:
13
|
|
Liczba osób które wpisały sie do Ksiegi Gosci:
18
|
|
Znajomi
http://www.pelnoletnia.blog.interia.pl |
|
|
15 styczeń 2010
CHWILOWY ZASTOJ
|
Przepraszam wszystkich za brak wpisow ale w tej chwili jest ich mnostwo na papierze. Niedlugo przeniose je na ta stronke. TESik dotarl na Trynidad a ja innym jachtem do Gujany gdzie jestem od ponad dwoch miesiecy i spedzajac czas w lesie nie mam dostepu do internetu.
Prosze o jeszcze chwile cierpliwosci.
Pozdrawiam wszystkich, ktorzy do mnie pîsza i trzymaja kciuki za powodzenie wyprawy.
|
|
Komentarzy:
0
|
|
17 czerwiec 2009
MOJA MAŁA
|
Ja sobie pływam a tymczasem moja ukochana Karolina jest w ciąży. Mało tego, właśnie się dowiedziałem, że w wieku 41 lat zostanę tatusiem małej córeczki. Chciałbym aby miała polskie obywatelstwo i żeby mogła kiedyś przyjechać do Warszawy i do Czerwińska i zobaczyć inny świat.
Od tygodnia myślę o imieniu dla córki. Na pewno nie Justyna, hahaha
Mam problem, chciałbym żeby imię było latynoamerykańskie ale żeby jednocześnie miało coś z polski.
|
|
Komentarzy:
4
|
|
06 maj 2009
TAKIE TAM BZDURY CZYLI COŚ O MNIE
|
ZANIM PRZECZYTACIE INFORMACJE O MOICH DALSZYCH REJSACH TO WRZUCĘ PARĘ PO PROSTU DURNYCH RZECZY W TYM MIEJSCU
ZNAJOMY
Idę sobie w Warszawie w Galerii Mokotów i rozglądam sie po wystawach. W pewnej chwili trącam ramieniem jekiegoś mężczyznę, patrzę mu w oczy i idę dalej. Z każdym krokiem zwalniam i zastanawiam się skąd go znam. Odwracam głowę i patrzę za siebie i jak się okazuje ten gość robi dokładnie to samo. Stajemy, odwracamy się, ruszamy ku sobie i witamy się jak dwaj starzy kumple. Jak się masz? Kupę lat minęło ! Co u Ciebie?
Pogadaliśmy chwilę nie wymieniając nawet swoich imion i pożegnaliśmy się jak bracia.
OK, spotkamy się i porozmawiamy. Trzymaj się.
Przez kolejne trzy dni głowiłem się nad tym kto to był. Znam gębę ale nie kojarzę, skąd go znam. Pewno kolega ze szkoły. Cholera. Skleroza na maksa.
Po trzech dniach oglądając TVN24 widzę swojego kumpla, Jan Maria Rokita. Znam go z telewizji, nigdy z nim wcześniej nie rozmawiałem.
Skąd On mnie znał???? Dlaczego miał tą samą reakcję? Ne wiem. |
|
Komentarzy:
1
|
|
15 kwiecień 2009
PRZYGOTOWANIA DOBIEGAJĄ KOŃCA
|
Nadchodzi koniec przygotowań do kolejnego etapu wyprawy. Nadchodzi chwila pożegnania z moim ukochanym psiakiem i nadzieja, że tym razem po powrocie mnie rozpozna. Ostatnio gdy wyjeżdżałem miał cztery miesiące i nosiłem go na rękach. Po powrocie przywitała mnie wściekła bestia i pół godziny spędziłem w kącie bojąc się ruszyć obszczekiwany przez Alfa. Później nastąpiło coś dziwnego, nagłe olśnienie i łąszenie się, przepraszanie i znów byliśmy kumplami. Nie wiem, może zapach morskiej soli, którym byłem przesiąknięty, może całą góra worków żeglarskich, plecaków i różnych przedziwnych przedmiotów, z którymi nagle wtargnąłem do domu trochę go zdezorientowały. A może dostałem zasłużony opieprz za to, że go zostawiłem na cztery miesiące. Super psiak.
Tym razem razem z przyjacielem wyruszamy wgłąb tropikalnych lasów. W odstawkę pójdą mapy. Tam gdzie się da dopłyniemy jachtem, tam gdzie nie, dotrzemy pieszo lub korzystając z drewnianych indiańskich łodzi. Mój pompowany kajak pozostanie na jachcie ze względu na krokodyle i inne kryjące się w wodzie niespodzianki. Co kryje dżungla? Zobaczymy. Jakie zwierzęta, jacy ludzie. Czy te wilgotne i niezbadane do końca lasy okażą się dla nas przyjazne, czy zmuszą nas do pochylenia czoła przed potęgą natury i odwrotu?
Najbliższy czas pokaże. Jedno jest pewne. Nie będzie tam internetu i nie będę miał możliwości przekazania relacji z wyprawy co uczynię jak tylko będzie taka możliwość. Trzymajcie kciuki. |
|
Komentarzy:
2
|
|
05 kwiecień 2009
CHWILE, WSPOMNIENIA I PRZEMYŚLENIA.
|
LAS PALMAS. Siedzimy z Bartkiem w kokpicie mojej łódki i gawędzimy przy butelce wina. Jacht zacumowany dziobem do kei a za rufą uwiązany pontonik Bartka. Robi się ciemno. Powoli schodzą kolejni goście przechodząc z pomostu na kosz dziobowy i dalej po pokładzie do kokpitu. W sumie uzbierało się ok. sześciu osób i jacht nie tonie. Przybrał tylko zupełnie inną pozycję. Dziób dumnie wystaje z wody a rufa siedzi głęboko w wodzie. W pewnym momencie Bartek wstaje, żegna się z nami i wychodzi ... przez rufę.
Słyszę tylko krzyk Karoliny i widzę jak łapie go za rękę. Nie tędy, krzyczy. Śmiejemy się. Bartek wsiada do pontonu a Ona dopiero teraz zauważa unoszącą się w ciemnościach małą łódeczkę.
CAPE VERDE- FOGO. Jedyne miejsce, w którym spotykam się z nachalnymi propozycjami opieki nad łódką składanymi przez miejscowych. Są wszędzie. Cały dzień siedzą na nabrzeżu przypatrując się łódkom, co chwilę podpływają do jachtu na czym tylko się da i proponują dostawę wody, zorganizowanie wycieczki itp. Na tą drugą propozycję się zgadzam ale następniego dnia gdy już siedzę na pace pick-upa gotowy do odjazdu dowiaduję się od nich, że włąśnie pojawili się we wsi jacyś obcy rybacy i trzeba uważać bo to prawdopodobnie złodzieje. Trzeba oczywiście zapłacić za pilnowanie łódki. Zaprzyjaźniony Francuz nie jest zbyt chętny do ponoszenia kolejnych opłat i po powrocie okazuje się, że przecięto mu kłódkę przy pontonie. Wyspa piękna ale obecność całej grupy czarnych opiekunów jest męcząca i kosztowna.
GDZIEŚ NA ATLANTYKU. Siedzę przy sterze już od dwóch dni. Staram się utrzymać kurs. Czasami przyświecam sobie czołówką i odczytuję kurs na kompasie, większość czasu staram się trzymać niezmienny kurs względem doganiających mnie fal, położenia gwiazd i kąta pod jakim powiewa biało- czerwona bandera. Po kilku godzinach tej zabawy zaczynam tracić poczucie sensu wykonywanych ruchów rumplem. Wszystko zaczyna być skomplikowane i za każdym razem kiedy jacht wypada z kursu muszę się długo zastanawiać, w którą stronę przestawić rumpel żeby powrócić do właściwego kursu. Mój mózg przestaje pracować, momentami łapię się na tym, że przysnąłem a budzi mnie łopot żagli. To najwyższa pora żeby zrobić przerwę i stanąć w dryf. Przecież nie biorę udziału w regatach.
NA FALI. Moja kuchenka jest piękna. Dwupalnikowa. I co z tego skoro tylko jedną ręką mogę trzymać garnek, w którym gotuję wodę a drugą trzymam się żeby nie rzucało mnie po całym jachcie. Ale to nie koniec. Zagotowanie wody wymaga tańca z garnkiem i dostosowania się do rytmu jachtu, nie wystarczy go trzymać na kuchence bo wtedy woda zaczyna tańczyć. Tańczę tak dość często, można by pomyśleć, że smażę naleśniki. Po tym jak woda osiąga temperaturę wrzenia przechodzę i po chwili przerwy ponownie wychodzę na parkiet i zaczynamy taniec grupowy, czyli ja, garnek turystyczny z chwiejną rączką, woda w garnku, uciekający przed nami termos i wypadający z rytmu jacht.
DELFINY. Albo uważają jacht za swojego kumpla albo mnie za takiego mają. Albo są próżne i lubią jak je ktoś podziwia. Siedzę na koszu dziobowym, gwiżdżę do nich, cmokam. Pobiegłem nawet po suchary i rzucam im kawałki ale najwyraźniej nie o to im chodziło. Pokazowe skoki, szybkie nurki pod kadłub lub podążanie pod samym dziobem trwa w nieskończoność. Wyciągam do nich ręce, macham, czasem stopą muskam powierzchnię wody ale szybko ją cofam gdy podpływają zbyt blisko. Czasami któryś płynie przez dłuższy czas tuż pode mną i przechyliwszy tułów na bok wpatruje się jednym okiem jak wykonuję te wszystkie zwariowane ruchy żeby przyciągnąć ich uwagę.
REKINY I WILKOŁAKI. Siedzę ze wzrokiem utkwionym w sondę. Coś dużego jest pod kadłubem. Jestem na środku Atlantyku a sonda pokazuje 8,5 metra. Po chwili wskazanie się zmniejsza do 6 metrów by stopniowo w ciągu kilku minut powrócić do głębokości w granicach 8. Wyglądam za burty wypatrując potwora bo coś najwyraźniej podąża pode mną i dokładnie w tym samym kierunku. Przypominam sobie ostatnio widzianego rekina, który dogonił jacht od rufy i zniknął pod kadłubem. To COŚ długo nie daje mi tego dnia zasnąć. A może to po prostu wskaźnik szwankuje?
IGŁA W STOGU SIANA. Czterysta mil na zachód od Grenady. Samo południe a ja siedzę i rozmyślam nad totalną pustką, która mnie otacza. Dokładnie. Myślę o tym, że od kilku dni nie dzieje się nic. Nawet delfiny nie przypływają. Sprawdzam horyzont co jakiś czas bo jednak wypatrzenie czegokolwiek zawsze jest wydarzeniem. Siadam w kokpicie znudzony i bezmyślnie gapię się przez lewą burtę. Coś zakłóca tą monotonność skacząc przede mną i jakby wymachując do mnie tak żebym to zauważył. Patrzę tak przez moment aż wreszcie dociera do mnie, że to nie wytwór fantazji. Wyostrzam wzrok i oczom nie wierzę. Tyczka z czarną flagą. Zrywam się i rozglądam dookoła, cholera sieci ! Gdzie są pozostałe tyczki? Nie ma. Jest tylko ta jedna umieszczona na dużej boi, którą mijam powolutku w odległości dziesięciu metrów. Byłem blisko trafienia ale... może na szczęście nigdy mi się nie wiedzie w totolotku.
ELASTYCZNY ZBIORNIK. Jeżeli ktoś mnie zapyta ile litrów wody zatankowałem w Cadiz do 50 litrowego stalowego zbiornika to z całą powagą odpowiem, że ponad dwieście. To proste. Odkręca się wlew na pokładzie, wkłada końcówkę węża i odkręca wodę. Następnie można usiąść na kei i przyglądać się zanurzającemu się powoli kadłubami jachtu. Gdy wymalowana na kadłubie linia wodna znajdzie się pod powierzchnią wody należy zakręcić kran, wejść do kabiny i krzyknąć kur... ! Tak, to cały ja. Nie sprawdziłem instalacji. Znajomy w Polsce spuszczał na zimę wodę z instalacji i nie założył jednego wężyka pod umywalką. Za to teraz wiem przynajmniej, że pompa zęzowa działa.
ŁODZIĄ WIOSŁOWĄ PRZEZ ATLANTYK. To nie żart bo właśnie miałem ochotę wyjąć wiosła i zacząć wiosłować. Po dwóch dniach gibania się we wszystkie strony na martwej fali mam tego dość. Paliwa mam niedużo więc Panie Tomku następnemu samotnikowi proszę zamontować dulki do wioseł i odpowiednie centralne siedzisko. Potrenowałbym przynajmniej, zabił nudę pozbywając się uczucia ogarniającego mnie szaleństwa i przede wszystkim posuwałbym się do przodu. Nieważne, że tyłem.
DZIKI. Im dłużej płynę tym bardziej dziczeję. Nie dość, że nieogolony i słony to ograniczyłem się do jednego garnka, patelni, noża i łyżki. Ciężko jest kroić rybę trzymając w jednej dłoni widelec a w drugiej talerz. Jeszcze ciężej gdy okazuje się, że ryby już na talerzu nie ma bo właśnie był spory przechył. Łatwiej więc rybę jeść z garnka bez pomocy widelca, paluchami. Łatwiej później umyć dłonie niż zmywać naczynia. Danie zawsze jedno i w jednym naczyniu. Dlaczego jedno? Bo trzymając dwa garnki musiałbym jeść jak pies a byłoby to ciężkie ponieważ najlepsze do gotowania i jedzenia są niestety te głębokie :).
SÓL. Nadaje smak potrawom gdy garnki myję w oceanie i psuje smak herbaty gdy nie przepłuczę kubka słodką wodą. Zmusza mnie do ciągłego mycia pokładu, kadłuba i okuć bo nie mogę patrzeć na ten narastający brązowy osad. Tak, sól jest brązowa. Dzięki soli natychmiast okazuje się co jest z nierdzewki a gdzie została użyta zwykła śruba. Brązowe zacieki są trudne do usunięcia. Każda rzecz zamoczona w słonej wodzie nawet po wyschnięciu na słońcu w nocy zaczyna ciągnąć wilgoć. Wystarczy wykąpać się wieczorem w morskiej wodzie a pewne jest że rano obudzę się w mokrej pościeli. Po kilku dniach taka pościel staje się sztywna a każdej nocy mokra. Zapach również nie należy do przyjemnych. Szybko się uczę, że nie należy wnosić nic przemoczonego słoną wodą do wnętrza jachtu. W ten sposób unikam wilgoci. |
|
Komentarzy:
1
|
|
30 marzec 2009
PODSUMOWANIE REJSU
|
Odcinek, który przepłynąłem nie jest zakończeniem całego rejsu. Rejs trwa dalej z małą przerwą, którą przeznaczam na malowanie kadłuba, porządki z elektryką i przygotowaniem łódki do dalszej eksploatacji. Tym razem płynę na południe. Wbrew prądom morskim i utartym szlakom żeglarskim więc nie będzie to proste. Od tej pory relacje z wyprawy będą na bieżąco. Opis rejsu przez Atlantyk powstał na podstawie sporządzanych przeze mnie notatek.
STATYSTYKI I MOJE KOMENTARZE:
Łączna trasa rejsu z Cadiz w Hiszpanii do Porlamar w Wenezueli: 3950 Mm / 115 dni.
Odcinek z Cadiz do Graciosy na Wyspach Kanaryjskich: 570 Mm / 8 dni.
Odcinek z Gran Canarii do wyspy Sal na Cape Verde: 780 Mm / 9 dni.
Odcinek z Fogo na Cape Verde do Los Testigos w Wenezueli: 2300 Mm / 24 dni.
Użycie silnika podczas rejsu: 200 godzin, głównie w celu ładowania baterii.
Uważam, że nie jest to najgorszy czas choć przy braku radia i książek dłużył się niemiłosiernie. Trzy doby wypadły przez awarie steru i zasilana. Całkowita flauta to kolejne dwie doby. Do tego trzeba dodać dni kiedy nie działał autopilot i stawiałem jacht w dryfie żeby się zdrzemnąć. Na prędkość miało też niewątpliwie wpływ duże przeciążenie jachtu i nieodpowiednia farba antyporostowa. Na odcinku z Cape Verde do Wenezueli dno jachtu pokryła skorupa muszli i glonów.
ZAOPATRZENIE W WODĘ I PROWIANT:
Męczony widmem głodu przesadziłem z zakupami prowiantu. Okazało się, że w tych upałach apetyt znacznie spada. Pod koniec rejsu zabrakło mi soków i gotowych napojów. Picie szło jak przysłowiowa woda. Woda użytkowa w ilości 90 litrów wystarczyła. Kąpiel raz na kilka dni, głównie w słonej wodzie i płukanie wodą słodką. Również zmywanie w słonej wodzie i przepłukiwanie słodką zdało egzamin.
AWARIE:
Wszystkie awarie nastąpiły z przyczyn naturalnych i na skutek działania czynników zewnętrznych.
Awaria akumulatora: prawdopodobnie w Polsce przeleżakował zimę w zimnym pomieszczeniu.
Awaria steru: brak bolca blokującego podnoszenie steru. Nie radzę nikomu wypływać z jeziorowym sterem, który podnosi się fałem i opuszcza kontrfałem. Pęknięcie kontrfału w sztormowych warunkach może zakończyć się tragicznie. Jacht staje się bezwłądną bryłą rzucaną przez fale. Załoga traci jakąkolwiek kontrolę nad jednostką.
Awaria logu: log zarósł i przestał się obracać.
Awaria zasilania alternatora: luz na kablach. Odkryłem to po 24 godzinach rozbebeszania instalacji i nieudanych próbach uruchomienia silnika za pomocą korby.
Wszystkie poważne awarie udało się usunąć na pełnym morzu. Przyznaję, że
każda z nich lekko mnie zdenerwowała a naprawa steru zamieniła się w walkę o przetrwanie i mnóstwem potłuczeń, skaleczeń i poparzeń. Niezależnie od tego co się stanie zawsze trzeba szukać rozwiązania.
WADY JACHTU:
1. Podłączenie kilku urządzeń pod ten sam bezpiecznik i przełącznik.
Szczególnie na małym jachcie zawsze występuje niedobór energii elektrycznej. Podczas mojego rejsu szczególnie to odczułem. Szlag mnie trafiał gdy włączając podświetlenie kompasu uruchamiałem jednocześnie sondę, która dosłownie zżerałą resztki amperów z akumulatora. Identyczna sytuacja byłą kiedy chciałem wyłączyć wszystko i zostawić tylko autopilota. Żeby go uruchomić musiałem uruchomić kilka innych urządzeń.
Dobrze jeżeli taką wadę odkryjemy w porcie, gorzej na rozfalowanym morzu gdzie włożenie jednego kabelka w odpowiedni otwór w skrzynce bezpieczników zajmuje pół godziny.
2. Słaby dostęp do ręcznego uruchamiania silnika przy pomocy korby. Prawdopodobnie da się to zrobić od strony kabiny ale nie będzie to proste. Na mojej łódce osoba instalująca silnik pobiła rekord bezmyślności i na osi obrotu korby został zamontowany filtr wody chłodzącej. Na skutek tego nie ma możliwości wykonania obrotu korbą. Bardzo niebezpieczna sytuacja.
3. Podłoga powinna być montowana na zatrzaski a nie mocowana wkrętami. Otwory szybko się wyrabiają a podniesienie podłogi zajmuje dużo czasu ( np. przy zatkaniu pompy zęzowej ).
4. Klapy zamykające rufę i klapa komory kotwicznej powinny mieć zaczepy umożliwiające zabezpieczenie ich w pozycji otwartej ( zaczep do relingu ). Ile razy dostałem nimi po łydkach i ile razy przyciąłem sobie stopę lub rękę nie będę pisał.
ELEKTRONIKA:
Wiele osób naśmiewa się ze współczesnych wynalazków i twierdzi, że podstawą jest sekstant i nawigacja zliczeniowa. Nie będę dyskutował. Mi właśnie te wynalazki umożliwiły bezpieczną żeglugę i bezbłędną nawigację.
Każde wskazania GPS korygowałem oczywiście z mapą papierową ponieważ na plotterze czasami miałem 2 mile błędu. Pozycja geograficzna może byłą właściwa ale na ekranie mój jacht był w centrum miasta podczas gdy w rzeczywistości byłem ponad milę od brzegu ( Sal na Cape Verde ).
Każde urządzenie starałem się dublować i zawsze nanosiłem aktualną pozycję na mapę papierową na wypadek awarii wszystkiego.
Wszystkim płynącym przez Atlantyk polecam system Iridium. Sms-y można wysyłać za darmo z internetu i zawsze dochodzą. Rozmowy przychodzące też są bezpłatne. Ja miałem kartę prepaid, która wystarczyła mi na całą podróż. Telefon Iridium traktowałem również jako ostatnią deskę ratunku w wypadku poważnej awarii lub konieczności wezwania pomocy.
KIL CZY FALSZKIL:
W moim przypadku wybór padł na falszkil z wysuwanym mieczem. Po podniesieniu miecza jacht okazał się wystarczająco stabilny. Nie narzekam również na pływanie pod dużym kątem do wiatru. Jacht będzie wykorzystywany w pływaniach śródlądowych i właśnie to rozwiązanie mi to umożliwi.
Dla osób planujących wyłącznie żeglugę morską polecam jednak pełną płetwę balastową.
CO BYM ZMIENIŁ:
1. Wyrzuciłbym zbiornik fekaliów. W każdej marinie są toalety i prysznic. W zatokach i na morzu wszystko idzie do morza. Przez 50 litrowy zbiornik utraciłem dużo miejsca.
2. Nie montowałbym giętkich paneli wotowoltaicznych i małego generatora wiatrowego. Zarówno panele słoneczne jak generator okazały się niewystarczające. Dużo lepszym rozwiązaniem byłoby zainstalowanie jednej dużej baterii słonecznej o mocy 120 do 170 W.
3. Zainstalowałbym radioodtwarzacz z CD typu morskiego odporny na wstrząsy. Samochodowy padł już na Wyspach Kanaryjskich. Nie wiem czy od uderzenia fali i związanego z tym silnego wstrząsu czy od wilgoci.
4. Zainstalowałbym kuchenkę typu morskiego.
5. Przy żegludze samotnej ekran chartplottera powinien być widoczny z kokpitu.
6. Na szprycbudzie zamontowałbym uchwyt przytrzymujący bom w osi jachtu.
7. Zmieniłbym śrubę napędową na trzyłopatową. Oryginalna śruba nie daje dużej mocy. Wyczuwa się, że silnik ma duży zapas mocy a efektów nie widać.
8. Założyłbym spinakera bo żegluga na zachód to głównie spinaker. W tańszym wariancie po prostu wytyk do foka i odpowiedni uchwyt na maszcie.
ZALETY JACHTU:
1. Wyjątkowo solidna konstrukcja i staranne wykończenie. Ani silne atlantyckie wiatry, ani uderzające z wielka siłą oceaniczne fale jak i moje często nieumiejętne obchodzenie się z osprzętem nie zdołały nadwyrężyć jachtu.
2. Duża pojemność i wygoda.
3. Stabilność jednostki.
4. Znakomite i przewidywalne zachowanie jachtu na wodzie co jest ważne dla takiego żółtodzioba jak ja.
5. Ze względu na gabaryty łatwy transport, możliwość wpływania w miejsca, w które inne jachty nie wpłyną, niskie opłaty w marinach.
6. Perfekcyjnie wykonane wnętrze z dbałością o detale i przy użyciu najlepszych materiałów.
7. Praktyczne rozwiązanie kosza dziobowego umożliwiające łatwe schodzenie na pomost w marinie.
8. Bardzo dobre rozwiązanie rufy, zarówno podnoszonych siedzisk jak i pomostu znajdującego się tuż nad powierzchnią wody.
CZY BYM TO POWTÓRZYŁ?
Samotnie? Raczej nie. Na pewno gdybym miał ponownie przepłynąć taką łódką Atlantyk zabrałbym tylko niezbędne rzeczy i chciałbym żeby ktoś ze mną płynął. Dla towarzystwa i bezpieczeństwa. Myślę, że mając świadomość, że ktoś obserwuje horyzont mógłbym normalnie spać. Pod względem technicznym przepłynięcie taką łódką Atlantyku uważam za możliwe i niezbyt skomplikowane.
POMYSŁ NA REJS
Chciałbym powtórzyć tą trasę a może i pokonac dłuższą inną łódką. Myślę o mniejszej łódce żaglowej z dodatkowym napędem elektrycznym. Ładowanie baterii tylko z energii wiatrowej i słonecznej. Łódka maksymalnie 6,5 metra ale chciałbym spróbować na 5,5 metra. Taki ekologiczny rejs. Łódka powinna być perfekcyjnie przygotowana do samotnej żeglugi, bez zbędnych urządzeń i wyposażenia. Pokusiłbym się nawet o stwierdzenie, że powinna to być zwykła mieczówka z odpowiednio dobalastowanym kadłubem. Spróbowałbym. A żeby było ciekawiej to chętnie wziąłbym udział w zorganizowaniu długodystansowych regat kilku takich łódek i oczywiście sam bym wtedy również popłynął.
ZACHOWANIE SIĘ TESA NA OCEANIE:
1. Bardzo duża stabilność łódki, która po jakimś czasie spowodowała, że na stałe zagościło we mnie poczucie bezpieczeństwa. Wiatr praktycznie nie miał dużego wpływu na stabilność, łódka była odpowiednio dobalastowana i nie brała wody na pokład nawet przy wiatrach przekraczających 30 węzłów. Bardziej obawiałem się fal ale tych przychodzących z innego kierunku niż pozostałe. Podczas gdy morze było wyjątkowo rozfalowane regułą było że co kilkanaście minut jacht otrzymywał silne uderzenie falą od nawietrznej i tych fal się obawiałem. Część z nich przelewała się nad jachtem a jedna doprowadziła do przechyłu co najmniej o 90 stopni. Ze względu na wysoką burtę jachtu towarzyszyły temu olbrzymie rozbryzgi wody i potężny huk do którego z czasem przywykłem widząc, że kadłub nadal jest cały.
2. Ze względu na szeroką i dobrze zaprojektowaną rufę jacht idealnie przyjmował fale przychodzące od rufy. Mimo otwarcia rufy i dużej przestrzeni, przez którą woda mogłaby się dostawać do kokpitu przy żegludze z wiatrem w kokpicie było sucho i żadna fala nie dostała się do środka. Jacht zachowywał się jak korek a upiornie wyglądające grzywacze znikały pod kadłubem. Byłem tym zaskoczony i jednocześnie zadowolony z tego, że zrezygnowałem z pomysłu zabudowy rufy.
3. Myślę że dość pękata sylwetka mojej łódki i to, że jest mała sprawiło, że bardzo ciężko było ustawić samosterowność. Udawało mi się to na kilka minut ale przy każdym mocniejszym podmuchu wiatru i większej fali jacht był wyrzucany z kursu. Przy stałej fali i wietrze mogłem utrzymać samosterowność nawet przez godzinę ... ale pod jednym warunkiem. Musiałęm pozostawać w jednym miejscu, przeważnie w kokpicie. Wejście do kabiny np. żeby sięgnąć po coś do jedzenia zmieniało położenie środka ciężkości, oporu itd. i byłem pewny, że po powrocie do kokpitu jacht będzie już płynął innym kursem.
4. Znakomite zachowanie, nawet w ciężkich warunkach po postawieniu łódki w dryf. Robiłem to zawsze blokując ster w pozycji wzdłuż osi kadłuba i wybierając w tym samym położeniu częściowo zrolowanego foka.
5. Niestety na dużej fali dało się słyszeć pracę pokładu i lekkie trzaski.
6. Po wykonaniu zwrotu na wiatr i żegludze na silniku pod wiatr i falę zaczynało być mokro i ciężko. Przy 17- 20 węzłach wiatru było to bezproblemowe ale na spokojnym akwenie, czyli o małym zafalowaniu. Gdy wiatr dochodził do 25 - 27 węzłów a fale miały za sobą kilkudniowy okres wypiętrzaniapłynięcie "pod włos" było praktycznie niemożliwe. Przypuszczam, że część winy ponosi tutaj źle dobrana śruba napędowa.
7. Na każdym kotwicowisku musiałem brać poprawkę na "inne zachowanie" mojej łódki. Inne czyli wieczny taniec we wszystkie strony ale to typowe dla mieczówek. Trzeba tylko o tym pamiętać kotwicząc w bezpiecznej odległości od innych jachtów. Podczas gdy wszystkie większe balastowe jachty stały jak wmurowane, zawsze zwrócone dziobem do kierunku wiatru moja ZUZA szalała we wszystkie strony jak mały psiak, któremu po raz pierwszy założono obrożę i smycz.
8. Miecz. Nie jest to najwłaściwsze rozwiązanie na ocean ale nie zarzucam tu nic konstruktorowi łódki. Gdy ją projektował nie przyszło Mu chyba na myśl, że komuś odwali i postanowi TESem popłynąc do Wenezueli. Miecz oczywiście tłucze i obija się w poprzek kadłuba. Gdy jacht płynie nie jest to takie męczące ale gdy staje się w dryf i kadłub zaczyna być rzucany we wszystkie strony staje się to bardzo nieprzyjemnym doświadczeniem. Przypuszczam, że może to doprowadzić do poważnych uszkodzeń konstrukcji jachtu a z własnego doświadczenia wiem, że prowadzi do uszkodzeń mózgu i psychiki sternika. Ja po prostu podniosłem miecz a każdemu, kto spróbuje wybrać się mieczówką na szersze wody proponuję zawczasu pomyśleć o sposobie zablokowania miecza.
9. Jachtem znakomicie się steruje i łódka słucha każdego polecenia, zarówno pod żaglami jak na silniku. Pod jednym warunkiem, że akurat kontrafał płetwy sterowej się nie przetarł. Może na jeziorach sterowanie z podniesioną do poziomu płetwą sterową jest możliwe. Zapewniam, że na oceanie jest to niewykonalne. Przesunięcie się płetwy sterowej o kilka centymetrów do tyłu wyłącza z pracy autopilota - siły oddziaływujące na ster są zbyt duże. Kolejne kilka centymetrów i sternik przestaje dawać radę. Nawet jeżeli przez jakiś czas da się sterować to nie długo. Po godzinie mięśnie odmawiają współpracy i łódka staje się bezwładnym przedmiotem na powierzchni oceanu. Opisałem tu zachowanie jachtu w sytuacji awaryjnej i chyba ten temat powtarzam ale utkwił mi w pamięci i chcę przestrzec innych żeglarzy przed taką niespodzianką. Proste rozwiązanie - dodatkowa śruba blokująca płetwę sterową w stałym, pionowym położeniu.
10. I jeszcze jeden teman, może nie zupełnie zasługujący na umieszczenie go w tym dziale ale opisujący jacht i sytuację. Nazwę to " śmierdząca sprawa". Rzecz dotyczy zbiornika fekaliów, kibelka, filtra przeciwzapachowego i całej tej skomplikowanej instalacji. Sposób ustawienia zaworów w tym systemie i rozpracowanie tego zajęło mi więcej czasu niż nauka obsługi chartplottera. Olśnienia dostałem dopiero jak którejś pięknej gwieździstej nocy w Las Palmas z sufitu zaczęło mi na głowę kapać gówienko. Okazało się, że wizytująca mnie osoba skorzystała z WC i pompując to, co tam zostawiła pompowała do oporu. Dosłownie do oporu i prawie siadając na rączkę pompki bo ta już nie dawała się wcisnąć i odbijała do góry. Dowiedziałem się o tym później. Najpierw musiałem wypompować zbiornik za burtę, oczyścić zęzy, materace, wykąpać się ponownie i przemieszkać w oparach szamba przez kolejne kilka dni. Rada. Albo zrezygnować z instalacji zbiornika ścieków albo przy filtrze zrobić jakiś awaryjny zawór odprowadzający ścieki za burtę.
OGÓLNE PODSUMOWANIE ŁÓDKI:
W jednym zdaniu ujmę to tak. Jestem w pełni zadowolony z dokonanego wyboru a nawet pozytywnie zaskoczony. Nie jestem doświadczonym żeglarzem a jacht okazał się, jak to mówi mój ojciec, maszyną całkowicie idiotoodporną.
PLANY ŻEGLARSKIE:
Chętnie bym przepłynął w tym roku podobną trasą ale mniejszą łódką i zorganizował amatorskie regaty przez Atlantyk takimi łódkami.
ZUZĄ jeszcze w tym roku planuję popływać trochę po południowoamerykańskich rzekach a jak uznam, że jest za gorąco to może w przyszłym roku obiorę zupełnie inną strategię i wybiorę się dla ochłody do Kanady lub na Grenlandię. Czas pokaże.
|
|
Komentarzy:
2
|
|
30 marzec 2009
WENEZUELA
|
Po ośmiu godzinach dopływam z Los Testigos do Porlamaru na wyspie Margarita. Pierwszymi witającymi mnie są młodzi ludzie przebujający się przez fale na drewnianej rybackiej łodzi. Coś krzyczą, machają, widzę, że piją z butelek alkohol. Macham im na powitanie na co odpowiadają mi jednoznacznym symbolem "fuck you". Miło. Jestem w Wenezueli. |
|
30 marzec 2009
CAPE VERDE - WENEZUELA
|
Pierwsze trzy dni mijają na rozmyślaniach i wspomnieniach. Radio nie działa, nie ma co czytać, pozostaje obserwacja morza i szukanie sposobów ucieczki przed wspomnieniami. ZUZA, nazwa mojego jachtu dla wielu wyda się śmieszna, dla mnie to wspomnienia najlepszych i najgorszych dni w moim życiu. Ten jacht przypomina mi kogoś, kogo utraciłem i tylko ta nazwa pozostała. Nie zmienię jej.
Ilekroć o tym myślę wpadam w depresję a łódka w żaden sposób nie chce mi pomóc. Wprost przeciwnie. Od dwóch dni mam poważne problemy z prądem i wodą wdzierającą się do wnętrza nie wiadomo skąd. Odkrywam, że woda ma jakiś związek z pracą silnika. Przeglądam wszystkie przewody, wycieram je papierem, uruchamiam silnik i obserwuję. I nic. Dwugodzinna praca silnika to wiadro wody. Bez uruchamiania silnika nic nie działa, akumulator starcza na 15 minut a w najlepszym wypadku gdy wyłączę wszystko i zostawiam tylko autopilota prądu mam na cztery do pięciu godzin.
Wieczorem niespodzianka. Po uruchomieniu startera silnik nie chce nawet mruknąć. Martwa cisza. Do wieczora rozkręcam stacyjkę, sprawdzam przewody i nie jestem w stanie nic stwierdzić. Wygrzebuję korbę i kur.... nie mogę jej przekręcić. Jakiś inteligent zamontował filtr wody chłodzącej dokładnie na osi obrotu korby. Rozkręcam instalację wody i odsuwam luźno zwisający na przewodach filtr. Kręcę, kręcę i nie mam siły. Za każdym razem moment sprężania i największego oporu korby wypada w jej dolnym położeniu. Nie daję rady tego przeskoczyć leżąc w kokpicie i trzymając korbę w wyprostowanej ręce. Zrezygnowany zamykam pokrywę silnika. Jest ciemno i wiele już nie zdziałam. Zakłądam sztormiak, przypinam się do łódki i układam w kokpicie.
Całą noc obserwuję otoczenie z kilkunastominutowymi przerwami na drzemkę. Nic nie działa, cała elektronika jest martwa.
Czwartego dnia z samego rana przekładam wszystko na dziobową koję i od strony kabiny dostaję się do silnika. Przez kilka godzin kabel po kablu sprawdzam połączenia, czyszczę klemy i dokręcam wszystkie śruby mocujące kable. Po raz nie wiem który przekręcam kluczyk w stacyjce i słyszę wymarzony dźwięk budzącego się do życia diesla. Jest dobrze chociaż po dwóch godzinach muszę go wyłączyć. Silnik pracuje bez zarzutu ale z akumulatora wydobywają się drapiące w gardło opary a on sam nagrzewa się i jakby nie przyjmował więcej prądu. Po kilku próbach stwierdzam, że maksymalny czas ładowania to 15 minut.
Eureka!!! Z silnika wysunął się króciutki wężyk, z którego cieknie woda. Główkuję przez dłuższą chwilę i wychodzi na to, że jest to wężyk z zaworu służącego do spuszczania wody np. na zimę.
Ktoś w Polsce po prostu go nie dokręcił. Klucz w dłoń i problem z zalewaniem przechodzi do historii.
04 grudnia. Od kilku dni cisza. Wiatry w granicach 3-4 węzłów nie przemieszczają mnie zbyt szybko do przodu. Martwa fala rzuca łódką we wszystkie strony a ja dostaję kota. Raz stawiam żagle, raz je zrzucam nie mogąc znieść odgłosu trzaskającego na przechyłach dakronu. Dużo czasu zajmują mi próby zrobienia wytyku do foka ale wszystko czego używam okazuje się nieprzydatne. Przy pełnych kursach pozostaje więc płynięcie na grocie.
Przypominają mi się relacje innych żeglarzy z tej trasy, kolorowe pasaty, opalanie na pokładzie i inne zachęcające teksty. Tymczasem słońce jakby o mnie zapomniało, gdyby nie 30 stopni na termometrze można by pomyśleć, że jestem gdzieś na wodach polarnych. Szaro, buro i nieciekawie.
Zaczynają mnie doganiać jachty biorące udział w ARC. Przez pierwsze 14 dni spotykam dwa statki i 10 jachtów. Jeden ze statków na kursie kolizyjnym i oczywiście sunie do przodu nie wykonując żadnych manewrów. Robię zwrot i przepuszczam kolosa przed dziobem. W radiu słyszę trzy kliknięcia. Odpowiadam tym samym. Jednak mnie widzieli.
Z każdym ze spotkanych jachtów próbuję nawiązać łączność. Wydaje mi się to naturalne, że jak po dwóch tygodniach na morzu spotyka się drógą łódkę to można by się chociaż przywitać i spytać czy wszystko OK. Niestety nie dla wszystkich. Za każdym razem po kilkukrotnych próbach wywoływania pozostaję na kanale 16 i 72 do momentu aż jacht, z którym chciałem zagadać znika za horyzontem. Jedyne łączności, bardzo sympatyczne przeprowadziłem z załogami katamaranów RATATA i SNOW LEOPARD.
W nocy budzę się na burcie i zasypują mnie jakieś przedmioty. Jakieś urządzenie przeraźliwie piszczy a olinowanie trzeszczy jakby za chwilę miało zamiar oderwać się od kadłuba. Otwieram zejściówkę, wystawiam głowę i horror. Jacht w dużym przechyle zmaga się z gwiżdżącym wokół wiatrem i wbija się ciężko w kolejne fale. Jacht pozostawiony na pełnych żaglach dzielnie walczy ze szkwałem ale czuję, że każda kolejna minuta może być ostatnią minutą masztu. Zarzucam na siebie pas ratunkowy i wybiegam na zewnątrz. Zalewany przez wodę zrzucam grota łamiąc paznokcie i obtłukując na śliskim pokładzie stopy. Udało się. Roluję foka i schodzę do srodka.
Rano odkrywam, że wyjący w nocy alarm to sygnał wiatromierza. Alarm był ustawiony na 32 węzły. Dzwonię do Mikołaja. Było więcej. Jachty z ARC meldowały tej nocy 42 węzły wiatru a ja w tym czasie sobie spałem pozostawiwszy Zuzę pod pełnymi żaglami.
6 grudzień. Nic nie znalazłem pod poduszką. Dzwonię do Mikołaja z reklamacją hahaha. Twierdzi, że coś jest pod kilem. Dobra, dobra. 200 mil przez dwie doby, może to jest mój prezent. Wiatr wieje ze wszystkich możliwych kierunków więc mam dużo pracy. Pierwszy dzień płynę na samym foku i czekam aż fala i wiatr pozwolą mi stanąć pod wiatr lub choćby pod jakimś sensownym kątem do wiatru żeby postawić grota. Wczoraj próbowałem kilka razy ale nie jestem w stanie ustawić łódki na dłuższą chwilę pod wiatr i falę. To chyba nie silnik, raczej źle dobrana śruba.
Ocean wygląda niesamowicie. Przestaję już drżeć przed doganiającymi mnie granatowymi chmurami. Co godzinę ten sam scenariusz. Wiatr 22 węzły, zacinający deszcz i cisza. Z fal znikają grzywy a rozkołysane morze pokrywa się milionami deszczowych kropel. I tęcza, dwie tęcze. Jedna przed dziobem, druga za rufą. W ciągu całego dnia to przedstawienie odbywa się kilkanaście razy. Dzień Świstaka?
9 grudzień. Słońce sobie o mnie przypomniało. Lekki wiaterek, mała fala, trochę jak na Mazurach. Przywiązuję się do jachtu i schodzę do wody. Przez kilkanaście minut płynę za jachtem ciesząc się jak dzieciak. Woda jest ciepłą i przyjemna, słońce grzeje a na niebie kilka białych chmurek... jak wata cukrowa. Na wszelki wypadek za plecami ciągnę dwa duże woblery i staram się nie myśleć o rekinach.
10, 11 grudzień. Przez dwie noce z rzędu mam gości. Po położeniu się do snu słyszę popiskiwania, plusk wody, sapania i mnóstwo innych dziwnych dźwięków. To stado delfinów urządziło sobie igraszki wokół jachtu. Siadam na dziobie i przyglądam się temu przedstawieniu przy blasku księżyca.
14 grudzień. Najpiękniejsze noce, najpiękniejsze niebo jakie widziałem. Dlatego chyba warto choć raz w życiu spróbować samotnej żeglugi. trzy godziny po zmroku głuche uderzenie. Jachtem zaczyna rzucać a samoster piszczy wniebogłosy. Co się dzieje? Pękł kontrafał płetwy sterowej. Nie może być zbyt pięknie. Przez pół godziny próbuję sterować ale siły na sterze są zbyt duże, nie dam rady dłużej. Wiążę rumpel w jednej pozycji i pozostawiam problem do rana.
15 grudzień. Niby proste. Przełożyć linkę przez dwa bloczki, oś steru i przywiązać ją do płetwy sterowej. Po trzech godzinach wykonywania tej prostej czynności mam dosyć. Trzymam się kurczowo rzucanej w górę i dół drabinki, łapię powietrze i czekam aż kolejna przelewająca się fala da mi te kilkadziesiąt sekund na pracę. Cały jestem poobijany i podrapany. Kilkakrotnie przyciąłem sobie palce, na zmianę opadającą drabinką zejściową, której się trzymam i sterem gdy próbuję wyciągnąć końcówkę liny, która znajduje się między jarzmem steru a płetwą sterową. Gdy fala odpływa cały kadłub wraz ze mną po raz kolejny leci w dół a ja zamiast posunąć pracę do przodu ponownie walę głową o kadłub. Wszystko mnie piecze. W pewnym momencie widzę coś czarnego na ramieniu i czuję przejmujące parzenie. Zrzucam to i wyskakuję na pokład. Na dzisiaj dosyć. Wiążę linę do płetwy sterowej i okręcając ją wokół osi steru przywiązuję do kosza rufowego.
Noc. Lina pękła. Staję w dryfie i czekam do rana.
16 grudzień. Zakładam piankę nurkową, płetwy i rzucam się do walki. Po dwóch godzinach płetwa steru trzyma się w pozycji pionowej. Mogę płynąć. Wpełzam do kokpitu i leżę przez chwilę. Nie mam siły się ruszyć.
Noc. Lina pękłą, cholera, samoster wyje a jacht robi zwrot. Nie, nie pękła. Okazuje się, że gdzieś się zaklinowała podczas mocowania i zostało trochę luzu. Teraz to puściło i płetwa steru uniosła się kilkanaście centymetrów do góry. Staję w dryf. Czekam do rana.
17 grudzień. Po trzech dniach walki płynę. Jacht płynie i dziękuję mu za to. Wiatr się ustabilizował i nie muszę nic zmieniać. Każde wybranie szota to ból. Jestem tak poobijany, że nie mam siły nic robić. Do tego dłonie. Cała skóra na dłoniach pocięta, ciało wokół ran jest białe od wody. Piecze... sól jest wszędzie.
Siedzę i myślę o tym co się stało. Moja głupota i lenistwo. Wystarczyło przed rejsem wywiercić dodatkowy otwór w płetwie sterowej i jarzmie i założyć przetyczkę. Mam dużo szczęścia. Gdyby pogoda zmieniła się na gorszą mogłoby przez tą przetartą linkę wywrócić jacht.
18 grudzień. Święto. Przeszedłęm na mapę Karaibów. Generalka Atlantyku trafia na półkę.
W dzień mało wiatru a w nocy jak na złość ulewy i 17 do 20 węzłów. Mało śpię. Coraz więcej statków, głównie tankowce. AIS pozwala mi na określenie ich pozycji i w jednym wypadku gdy już padam na gębę nawiązuję z jednym z nich kontakt. Potwierdzają, że mnie widzą na radarze i zapewniają, że mogę się zdrzemnąć. Dziękuję.
Mijam Tobago. Kusi mnie żeby tu zakończyć rejs ale 20EURO, które mi pozostało wydaje mi się niewystarczającą kwotą na pokrycie opłat wizowych i postojowych.
Jakiś ptaszek usiłuje odpocząć siadając na salingu. Po dwudziestu minutach prób rezygnuje. Maszt chwieje się na falach jak szalony. To nie katamaran.
Kiedy to się skończy? Deszcz i silny wiatr od rufy. Robię dobre przebiegi ale żeby się wysikać muszę iść na dziób. W środku nocy. Nie. Pierwszy raz od Cape Verde odkręcam zawory i korzystam z kibelka. Patrzę w lustro. Jak górnik czy jakiś grotołaz. Zmęczona, nieogolona gęba i ta czołówka na głowie. W pewnym sensie tam pod ziemią mają lepiej. Nie rzuca nimi tak o ściany jak mnie tutaj.
20 grudzień. Mijam bezludne wysepki w archipelagu Los Testigos. Nad głową setki majestatycznie szybujących ptaków. Dopływam do wyspy Iguana i rzucam kotwicę. Głębokość 10 metrów, widać dno. Nie mogę znaleźć końcówki do napompowania kajaka więc pakuję dokumenty w kilka reklamówek i wyskakuję za burtę.
Dziesięć minut później stoję ociekając wodą w samych kąpielówkach w biurze Guardia Nacional. Oficer otwiera szeroko oczy i pyta skąd się tu wziąłem. Przypłynąłem z Afryki stwierdzam.
|
|
Komentarzy:
1
|
|
30 marzec 2009
CAPE VERDE
|
Wieczorem
siedzimy z Markusem przy kawce i spokojnie gawędzimy. Spędził tu już tydzień i strasznie narzeka na samotność. Wlaśnie stwierdził, że żeglując raczej nie pozna żadnej dziewczyny. Myśli, że włócząc się po świecie z plecakiem miałby większą szansę.
A co robiłeś przez ostatnie kilka dni - pytam. Czytałem książki - słyszę w odpowiedzi. No to bracie na prawdę niewielka szansa na spotkanie tej jedynej jak się czyta książki na jachcie oddalonym o 100 metrów od brzegu.
Następnego dnia Markus dopływa do mojej łódki i wspólnie na jego małym pontoniku wyruszamy na zwiedzanie Afryki. Pierwszą czynnością jest oczywiście odprawa celna i chcąc być w zgodzie z przepisami udaję się do kapitanatu i komisariatu policji, który przejął tu obowiązki biura imigracyjnego. W kapitanacie sympatyczny pan wypisuje stosowny papierek i kręci nosem, że straszny bałagan mamy w tej Europie. No bo jak to może być, że nie mam kwitu z portu wypłynięcia. Tłumaczymy mu, że w Europie takiej papierkologii się nie tworzy i każdy pływa gdzie chce. Oj nie, nie, nie. W Afryce jest inaczej, tu jest porządek i wszystkie papierki muszą być wypełnione. Przyjmuję taktykę przytakiwania i wychwalania panującej tu świetnej organizacji i po chwili jestem zameldowany. Pan przyjmuje pięć EURO i informuje, że za tą opłatą mogę tu być przez trzy miesiące. Proszę go jednak o przygotowanie odpowiednich papierów na wypłynięcie ponieważ nie zamierzamy tu z Markusem długo siedzieć. Będą następnego dnia.
Na komisariacie jeszcze lepiej a właściwie to bardzo przepraszam, że przeszkodziłem.
Policjant nie jest w stanie wymówić słowa ponieważ właśnie konsumuje duży kęs jakiejś dziwnej potrawy. W prawej dłoni trzyma widelec a lewą sięga po jakąś pieczątkę. Podsuwam mu otwarty na pustej stronie paszport i...... niestety tusz zasechł.
Czekam aż przełknie i chuchnie kilkakrotnie na gumę. I łup, jestem odprawiony. Calutki dzień spacerujemy po wiosce, jedziemy do miasta a ja próbuję napełnić butlę gazową. Niestety nie mają takich zaworów.
15 listopad. Pół dnia schodzi na oczekiwaniu na papiery. Wreszcie jakiś policjant zdobywa klucz i otwiera kapitanat.
16 listopad. Płyniemy na Boavistę. Słąbiutki wiatr więc połowę drogi na silnikach. Dopiero przy podejściu do Sal Rei zaczyna wiać ok. 17 węzłów i to dokłądnie ze wschodu. Rzucamy kotwice w pobliżu Franka i Floriane, którzy przypłynęli tu dzień wcześniej i udajemy się do nich z wizytą.
Wyglądają na przygnębionych a Frank na wystraszonego. Mamy dosyć, wracamy do Francji, słyszymy. Okazuje się, że dzień wcześniej wybrali się pieszo poza miasto i zostali napadnięci i okradzeni ze wszystkiego co mieli. Napastnicy obrzucili ich kamieniami i Floriane jest całą w bandażach. Na szczęście napastnicy okazali łaskę i oddali im karty kredytowe i paszporty.
Decyzja jest szybka. Rezygnujemy z wycieczki do miasta. Nie zachęca do tego również odległość. Z kotwicowiska do portu mamy prawie milę. Markus nie ma przy pontonie silnika a ja mam kajak. Zamiast przez kolejne dwa dni kilkakrotnie robimy wypady na niezamieszkaną wysepkę Sal Rei i czujemy się jak prawdziwi odkrywcy. Krystalicznie czysta woda, setki ryb i wielogodzinne połowy harpunem. Za każdym razem przywozimy co najmniej dziesięć pokaźnych rozmiarów ryb a Floriane kucharzy dla całej naszej czwórki.
18 listopad wieczór. Narada dotycząca dalszych planów. Frank decyduje się płynąć na północny zachód na Sao Antao i jak najszybciej na Martynikę ale wypływają dopiero za dwa dni jak wiatr się uspokoi. Podobno we francuskim radio zapowiadają dla tego rejonu 27 węzłów. O nie, dziękuję. Już raz przeczekałem trzy dni w oczekiwaniu na zmianę pogody i wpakowałem się w piekło.
Wracamy z Markusem na łódki i podnosimy kotwice. Wypływamy przy 15 węzłach wiatru, który odpycha nas od wyspy. Kierunek Wyspa Santiago i miasto Praia.
Po dwóch godzinach wiatr kompletnie zdycha. Uruchamiam silnik i przez dłuższy czas obserwuję kierunek dryfu łódki. Czeka mnie ciężka noc. Błąd na chartploterze dochodzi do dwóch mil, mnóstwo łodzi rybackich, promy i pogrążone w ciemnościach skaliste wulkaniczne brzegi. Nie ma co liczyć na brzegowe światła nawigacyjne, większość nie działa.
Praia. Ciekawe miasto. Mieszanka kolonialnych budowli i totalnego bałaganu. Miasto tętniące życiem. Prawie na każdej uliczce ktoś czymś handluje ale można też znaleźć kilka spokojnych miejsc i usiąść na łąwce obserwując toczące się wokół życie. Wspaniały bazar z warzywami i owocami. A przy samym kotwicowisku port rybacki i targ rybny. Prawdziwa Afryka.
Niestety trzeba się przyzwyczaić do ludzkich odchodów w każdym zakamarku i rzeki smródki, w której nie ma wody. Rzeka wyschła ale płynie, tak, płynie prosto do zatoki, w której cumujemy. Jak to możliwe? Na Cape Verde to możliwe. Co kilkanaście minut nad brzeg rzeki podjeżdżają szambiarki i tu opróżniają swoje zbiorniki. I biznes się kręci. Ekologia, turyści? A kto tu o tym myśli? Mimo to lubię to miasto. Całe dnie spędzamy wędrując po uliczkach, knajpkach i bazarze. Odwiedzamy sklepiki, próbujemy lokalnych potraw w miejscach, w które turyści raczej nie zaglądają i jakimś cudem udaje nam się przeżyć nie będąc zadźganym lub umierając w bólach po zjedzeniu tego co nam tu serwują. Najadam się do syta za dwa EURO i do tego jeszcze piwo w cenie. Rewelacja ! Pojawiają się niestety również skutki uboczne afrykańskiego klimatu... ból szyi. Nigdy nie byłem rasistą a już szczególnie w stosunku do płci przeciwnej a dziewczyny w Prai są piękne. Mało tego. Co najmniej kilka razy dziennie spotykam się z zaczepkami z ich strony i ciężko odmówić. Rekordzistką jest jedna, która pracuje na stacji benzynowej przy porcie rybnym. Ta po prostu po kilku rozmowach zaproponowała mi randkę. Przykro mi, następnym razem. Jutro wypływamy. Poza tym fundusze na ukończeniu i zamiast prezerwatyw postanawiam kupić o jedną butelkę wody pitnej więcej.
21 listopad. Wypływamy po południu kierując się na Fogo. Zrobiliśmy ostateczne odprawy więc nie powinniśmy już nigdzie wpływać. Na Cape Verde są trzy oficjalne porty odpraw i po wstęplowaniu wizy wyjazdowej nie powinno się już wpływać do żadnego innego portu. Postanawiamy zaryzykować i odwiedzić Fogo. Byliśmy na trzech wyspach, formalności załatwialiśmy na dwóch i tak na prawdę to nikt się nami nie interesował więc czemu nie.
Na Fogo dopływamy wczesnym rankiem po kilkugodzinnym płynięciu wzdłuż pięknych skalistych brzegów. Cumujemy do burt Hinayany i umawiamy się na zwiedzenie okolicy.
Schodzę do kabiny gdy słyszę czyjeś nawoływanie. Jakiś Murzyn krzyczy z brzegu, że mamy 15 minut na stawienie się na posterunku policji z papierami. Cholera. Komendant ma tu gościa, który siedzi cały dzień na skale i melduje mu o przypływających jachtach. Jesteśmy "umoczeni".
Po wejściu na komisariat Markus od razu wypala, że ma awarię. Policjant wybucha śmiechem i pyta mnie, czy ja również mam awarię. Co mam powiedzieć? Improwizujemy. Stwierdzamy, że płyniemy razem na dwóch małych łódkach, że ciężkie życie, niebezpiecznie, że jak jeden ma awarię to drugi mu pomaga i inne tego typu bzdury. Zadziałało. Myślę, że zadziałało też pięć EURO, które zainkasował od każdego z nas. Dostaliśmy zgodę na trzydniowy pobyt.
Cały dzień spędzam na porządkowaniu łódki, ładowaniu wszystkich posiadanych baterii i rozmowach z Francuzami żeglującymi na Hinayanie. Są wyjątkowo otwarci i tolerancyjni bo każda wizyta Markusa u mnie i moja u niego wymaga przejścia przez ich jacht.
23 listopad. Jedziemy zobaczyć wulkan. Piękne krajobrazy i piękne pozdrawiające nas dziewczyny. Markus wydaje się bardziej zainteresowany wulkanem, ja bym tu najchętniej został i założył szczęśliwą rodzinę z którąś z tych cudownych panien. Markus wchodzi na szczyt wulkanu a ja klap, klap za nim do połowy. Ostry wulkaniczny żwir wsypuje się między plażowe klapki i stopy. Jest jak tłuczone szkło, nie dam rady.
24 listopad 2008. O godzinie 10.00 żegnamy się z francuską rodziną i ruszamy w rejs przez Atlantyk. Przede mną 2300 mil morskich i wielka niewiadoma. Mijam od północy wyspę Brava i myślę, że powinienem tu kiedyś wrócić. Na Bravie podobno są najpiękniejsze dziewczyny.
Z Markusem umawiamy się na kontakt radiowy o określonych godzinach. Tracę go z oczu po trzech godzinach. Po pięciu godzinach od tego momentu próbuję nawiązać łączność. Bez skutku. Prawdopodobnie poszedł bardziej na południe. Ocean jest wielki. Zostaję sam.
|
|
Komentarzy:
0
|
|
30 marzec 2009
GRAN CANARIA - CAPE VERDE
|
3 listopada godzina 09.00. Odbieram od Mikołaja podaną z pomostu cumę. Ne wstecznym biegu odpływam od pomostu i ruszam w kierunku portu. Coś mnie w gardle ściska. Najchętniej bym tu został. Mikołaj odgrywa na rogu mgłowym jakiś hymn pożegnalny, Patrzę to przed siebie to znów za rufę gdzie zostawiam fragment mojego życia, dobrych znajomych i miasto, w którym się zakochałem. A może coś się jeszcze wydarzy, może silnik zgaśnie, cokolwiek co sprawi, że zawrócę i tu zostanę. Nic się nie dzieje. Mijam główki portu i przez kolejne dwie godziny płynę na silniku i foku mijając kotwiczące na redzie statki. Co kilkanaście minut nadchodzą dość silne opady deszczu i podmuchy wiatru. Nie podnoszę nawet grota. Uprzdzony o strefach akceleracji wiatru płynę na samym foku.. Z duszą na ramieni wpływam w strefę zgniotu i...... nic, nic się nie dzieje. Wiatr nawet słabnie. Wszystko się zgadza, po prawej olbrzymie farmy wiatrowe, tak, to tu. To na tym odcinku ludzie topią jachty i łąmią maszty. Czekam z napięciem na uderzenie wiatru i tak mija mi kolejna godzina. Stawiam grota i o 18.00 postanawiam rzucić kotwicę w Posito Blanco. Zafunduję sobie jeszcze jedną noc snu.
Na kotwicowisko wpływam tuż przed zachodem słońca. Przemykam między kotwiczącymi jachtami i rzucam kotwicę. Po chwili siedzę w kokpicie popijając gorącą kawę i puszczając relaksującego dymka. Cisza, piękny zachód. Włączam światło topowe i układam się wygodnie do snu. Jest super.
Cholera to super to może jakieś pół godziny było i na tym koniec. Zrywam się i wystawiam głowę na zewnątrz. Jacht tańczy we wszystkie strony a znajdujące się na brzegu światła zmieniają wciąż swoje położenie. Znajdująca się nieopodal plaża szczerzy na mnie swe piaskowe zęby. Właściwie to jej nie widzę. Widzę tylko białe linie fal przyboju i huk wody. Rzucam drugą kotwicę i przez następną godzinę próbuję określić, czy jacht się przemieszcza, czy nie. Ilekroć przykładam głowę do poduszki uderzenia fal stają się jakby głośniejsze więc nie jestem w stanie zasnąć. Doczekawszy się pierwszych promieni słońca podnoszę kotwice i czym prędzej uciekam w morze. Uff.
Wieczorem tracę z oczu Gran Canarię. Znów Atlantyk i samotność. Na kolację pyszna jajecznica i jeszcze pyszniejszy prawdziwy polski chleb upieczony przez Dagę. Za burtą stado delfinów a na niebie eksplozja kolorów. To niesamowite co potrafi namalować zachodzące słońce.
A miało być tak pięknie. Jacht pędzi wydając z siebie przeróżne jęki i przyjmując dzielnie kolejne uderzenia fal. Na niebie horror. Kolorystyka od czarno- sinej do rozmaitych odcieni granatu. O nie, nie tak miała wyglądać żegluga pasatowa. Siedzę odziany w sztormiak i przypięty do kadłuba. To już trzeci dzień na morzu i drugi dzień walki z falami. Drugi dzień w kokpicie bez schodzenia do kabiny. Fale próbują odwrócić jacht bokiem a ja walczę o utrzymanie go na jednym kursie. Nawet nie patrzę za siebie, drugi dzień ten sam rytm. Uderzenie fali, przelewająca się woda, kontra sterem, zjazd w dolinę i wyrównanie do właściwego kursu. I tak w kółko. Wszystko to staje się monotonne, zaczynam funkcjonować jak robot. Jedyna rzecz, której unikam to patrzenie za siebie. Każde spojrzenie za rufę i widok doganiających mnie grzywaczy dodaje mi kolejnych siwych włosów. Więc trzymam ster mocno zaparty nogami. Chwilami przymykam oczy ale zaraz je otwieram. Boję się, że zasnę. Oczy same się zamykają, zmęczenie daje się we znaki. Czuję się niedobrze. Ile to jeszcze potrwa? Nagle słyszę huk i wszystko znika. Trzymam się kurczowo rumpla i czuję jak uderzam o coś głową. Woda się leje ze wszystkich stron. Jacht leży na prawej burcie a ja klęczę mając przed nosem prawy kabestan. Z kokpitu wylewa się potok wody i jacht zaczyna się podnosić. Nie robię nic. Jestem w szoku. Po plecach spływa woda a ja po prostu trzymam się rumpla. Zanim zaczynam cokolwiek robić mija chyba wieczność. To był po prostu tak zwany dziad. Zaskoczył mnie totalnie. Siadam ponownie i mocniej zapieram się nogami. Będę walczył, nie dam się. Pierwszy raz mam stracha. Boję się i zaczynam chyba świrować. Zaczynam mówić do łódki. Mówię jej " trzymaj się, damy radę ". Niedobrze. Cztery godziny później gdy wiatr słabnie a fale jakby zmniejszają swoją siłę otwieram wreszcie zejściówkę i układam się na podłodze do snu.
8 listopad mija monotonnie. Wiatr się uspokoił i wieje z siłą ok 22 węzłów a jachyba przywykłem do tych warunków. Morze jest szare, nieprzyjazne ale można normalnie płynąć. W południe widzę przed dziobem jakiś dziwny obiekt. Dokładnie na moim kursie. Po kilkunastu minutach to coś jest wciąż przed dziobem z tą tylko różnicą, że bardzo szybko rośnie. Statek. Zmieniam kurs narażając się na bijące w burtę fale. Nic. Statek zaczyna rosnąć w trybie ekspresowym. Odbijam jeszcze bardziej. Po chwili mija mnie mały kabotażowiec. Dzieli nas 50 metrów. Sięgam po lornetkę i UKFkę. Wywołuję ich.... nic. Obserwuję mostek. Nie ma nikogo. Idą na autopilocie. Statek widmo. Rozjechali by mnie i popłynęli dalej.
11 listopad. Od dwóch dni łowię ryby. Moja nowa pasja. Próbowałem tego wielokrotnie w Polsce ale bez skutku. Tym razem jest inaczej. Zarzucam przynętę i nie muszę siedzieć i gapić się godzinami na stojący w miejscu spławik. Łowię dwiema wędkami Jedną przymocowałem na lewej burcie wiążąc ją do kosza rufowego a drugą wkładam w specjalny uchwyt na prawej burcie. Barakudy, tuńczyki, kalmary i inne dziwne stworzenia.Jem wszystko, co nie jest zbyt kolorowe i czemu dobrze z pyska patrzy. Z tego powodu kalmary lądują za burtą.
Co ciekawe delfiny nie ruszają przynęty. Nie chciałbym złąpać delfina. Łowię tylko wtedy gdy chcę coś zjeść, nie bawi mnie wędkarstwo dla sportu.
Pod wieczór łapię coś na prawdę dużego. Podciągam z trudem wędkę i kręcę kołowrotkiem i nagle luz... i świst przelatującego przed nosem woblera. Ryba się zerwała a wystrzelony naprężoną wędką wobler przeleciał kilka centymetrów od mojej głowy i wbił się w materac dziobowej koi. Mało brakowało a kolejne kilka godzin spędziłbym wyciągając kotwiczki woblera z mojej twarzy.
12 listopad. Wreszcie słońce i niestety mało wiatru. W powietrzu czuć zmianę. Jest zdecydowanie cieplej niż w pobliżu Gran Canarii. Czuje się jakby zapach tropików.
Rano robię gwałtowny manewr żeby uniknąć zderzenia z czymś co wygląda jak zanurzona beczka. Robię to w ostatniej chwili i śmieję się widząc zdziwione spojrzenie wielkiego żółwia. Sięgam po aparat ale zwierzak wykonuje głębokiego nurka i więcej go nie widzę.
Tracę wędkę i to niestety tą najlepszą. Łapię coś dużego i w pewnym momencie stwierdzam, że nie dam rady. Wędka gnie się jak nigdy i zaczynają trzaskać obejmy mocujące uchwyt. Puszczam ją i pędzę do kambuza po nóż żeby przeciąć żyłkę. Trzask i wędki nie ma. Odleciała w nieznane.
Mimo tego zdarzenia to dobry dzień. Na niebie słońce i białe smugi. Uruchomiłem silnik, rozłożyłem na dziobie karimatę i wygrzewam kości patrząc na spokojny ocean. Leżę tak już od godziny a jacht płynie wyznaczonym kursem. Autopilot działa !!!
Po długich konsultacjach z Panem Tomkiem, Markiem i Mikołajem rozwiązaliśmy problem, który okazał się banalny. Wystarczyło zmienić ustawienie na przeciwną burtę i wszystko zaczęło funkcjonować jak w bajce. Niby proste ale w instrukcji nie ma ani słowa jak to zrobić. Tyle dni męczarni, tyle godzin powolnego dryfowania gdy spałem lub musiałem odejść od steru na dłużej niż 5 minut. A niech to....
13 listopad. Od rana siedzę nad mapą i sprawdzam na GPS pozycję. W ruch poszedł zapasowy GPS. Obydwa urządzenia pokazują identyczną pozycję. Nanoszę ją na mapę.
Robię to kilkakrotnie, co dwadzieścia minut. Nanoszę pozycję i biegnę na dziób wypatrując lądu. Jestem 6 mil od wyspy Sal a wyspy nie ma. Coś jest nie tak. Przecież na wyspie są góry i powinienem ją zauważyć z odległości co najmniej kilkunastu mil. Czyżby elektronika mnie zawiodła? Gdzie jestem?
Godzinę później w oparach oceanu wyłania się zjawa. Przyglądam się temu czemuś przez kilkanaście minut by upewnić się, żę jest to wyspa a nie fatamorgana. Od brzegu dzielą mnie 4 mile. Dwie godziny później o 17.00 po dziewięciu dniach żeglugi wpływam na kotwicowisko. Wita mnie Kazik, któremu przepłynięcie tego odcinka na Cetusie zajęło pięć dni. Kotwicę rzucam 20 metrów od charakterystycznej żółtej łódki Markusa.
|
|
Komentarzy:
0
|
|
30 marzec 2009
BRATNIE DUSZE-HINAYANA
|
To francuski jacht ze wspaniałą załogą. Eks pilot z żoną i czwórką roześmianych dzieciaków. Spotkaliśmy się w Las Palmas ale wspólny czas spędziliśmy na Cape Verde na wyspie Fogo. To nie jest codzienne, że ktoś ci pozwala biegać po swoim jachcie przez cały dzień a do tego uruchamia agregat prądotwórczy żeby ci nałądować baterie. Tacy właśnie są ci ludzie i za to im dziękuję. Przez trzy dni staliśmy z Markusem przy burtach ich jachtu, razem zwiedzaliśmy wyspę. Popłynęli dalej. Do Brazylii. |
|
Komentarzy:
0
|
|
30 marzec 2009
BRATNIE DUSZE-TOARKER
|
Niemiec czy Polak? Markus Trawka. Zapalony żeglarz. Jego pasją jest pływanie. Każdy port, do którego dopływa szybko go nudzi i krótko po dopłynięciu planuje dalszy odcinek rejsu. Poznaliśmy się w Las Palmas i tu wspólnie spędziliśmy mnóstwo czasu. Później Cape Verde gdzie dwoma jachtami opłyniemy wyspy. Dwa miesiące później Markus odwiedzi mnie w Wenezueli i popłynie dalej. Ostatnie wiadomości od Markusa- jest na Martynice i zamierza ponownie przepłynąć Atlantyk. Tym razem w kierunku wschodnim. Jego jacht to zaledwie 7,80 metra. Zacięty jest. Nie ma nawet kibelka. Pozdrawiam i życzę bezpiecznego powrotu do Europy. Markus nie ma tratwy ratunkowej i przez cały rejs holuje za sobą dwumetrowy pontonik, na który zamierza się przenieść w wypadku gdyby musiał opuścić jacht. |
|
Komentarzy:
0
|
|
30 marzec 2009
BRATNIE DUSZE-CETUS
|
Kazik??? Wesoły człowiek. Zawsze uśmiechnięty. Trochę tu, trochę tam. Jak nie płynie to szaleje swoim małym rowerkiem i eksploruje kolejne kraje. Wszędzie coś zakręci, trochę zarobi i płynie dalej. Płynie z żoną, synem i kotem. Po kocie widać, że pływa szybko bo ten nie dość, że osiwiał to traci sierść. Może mu silne wiatry wydmuchały. Piękny regatowy jacht z olbrzymią przestrzenią wewnątrz. Spotkamy się jeszcze raz na Cape Verde. Z ostatnich wiadomości wiem, że Kazik szczęśliwie dopłynął na Martynikę. Pozdrawiam Kaziu. |
|
Komentarzy:
1
|
|
30 marzec 2009
BRATNIE DUSZE-TAPASYA
|
Pewnego wieczoru dotelepał się do mojego jachtu mały pontonik a w nim dwa człowieczki. To Bartek z synem z jachtu Tapasya. Siedzą w Las Palmas już dłuższy czas. Miał być rejs dookoła świata a wyszły Wyspy Kanaryjskie. Bartek zaczął tak jak ja od marzeń i budowy jachtu. Wyszło z tego coś ok. 14 metrów po pokładzie. Prawdziwy krążownik, na którym Bartek zaczął naukę żeglowania. Chyba mu to dość sprawnie idzie bo dotarł aż tutaj i myśli o Karaibach. Na razie syn uczęszcza do tutejszej szkoły a Bartek po zamienieniu jachtu w dom czyta książki lub wyleguje się w swoim hamaku. Czasami jeżeli uda mu się uruchomić stary przyczepny silnik, który podobno już nauczył się nawet nurkować wyrusza swoim małym pontonikiem na kontrolę portu i wizytacje jachtów. Zasięg pływania ogranicza mu niestety uchodzące z pontonu powietrze. W sumie bardzo fajny i wesoły facet. Pozdrawiam.
|
|
Komentarzy:
0
|
|
30 marzec 2009
BRATNIE DUSZE-HIPOCAMPUS
|
Jacht Hipocampus i jego przesympatyczna załoga to oddzielna historia i kawałek mojego życia w Las Palmas. Już drugiego dnia usłyszałem jakieś nawoływania z brzegu i po tym jak się wygramoliłem z kabiny stwierdziłem, że ci, którzy mnie wołają mówią po polsku. Tak poznałem Dagę i Mikołaja. Wspaniała para, która od kilku lat pływa na swoim jachcie i zatrzymała się na dłużej w Las Palmas. Od tego dnia przez dwa miesiące żyliśmy jak dobrzy sąsiedzi. Z Dagą przedeptałem pół miasta, poznałem najciekawsze miejsca, w końcu to Ona upiekła dla mnie bochen prawdziwego chleba na dalszą drogę. Mikołąj, nie poznałem go do końca i szkoda. Wiecznie zajęty, rozchwytywany przez żeglarzy do pomocy przy różnych jachtowych naprawach, spec od elektroniki i nie skłamię jak napiszę, że chylę czoła przed nim. Prawdziwy żeglarz i złota rączka. Mam nadzieję, że jeszcze kiedyś się spotkamy. Dzięki łączności satelitarnej Daga i Mikołaj będą mnie wspierać w dalszej części rejsu. Zarówno duchowo jak i przekazując najnowsze prognozy pogody oraz udzielając porad technicznych. Jak się okaże nawet w najgorszej sytuacji krótka rozmowa z Mikołajem będzie skutkowała poprawą humoru co najmniej na kilka najbliższych godzin. Te przesympatyczne ludziki żyją na swojej łódce już od kilku lat i zdążyli już zrobić jedną pętlę dookoła naszego globu. Dziękuję Wam dzieciaki. |
|
Komentarzy:
1
|
|
30 marzec 2009
GRAN CANARIA
|
Gran Canaria pojawiła się przede mną jakby przez przypadek. Miałą być Fuertaventura ale po dopłynięciu do południowego cypla Lanzarote coś mnie podkusiło żeby przepłynąć między wyspami i skierować się na Las Palmas. Przyciąganie?
Po kilku godzinach snu, podczas którego jacht znajdował się w dryfie nieopodal wejścia do portu odpaliłem diesla i skierowałem się do mariny. Nie wpływam w nocy do portów i utrzymuję w miarę bezpieczną odległość od lądu. Tym razem postanowiłem się zdrzemnąć w odległości 10 mil morskich od latarni Las Palmas. Płynący tu na południe prąd zniósł mnie dokładnie na wysokość główek portu. Rano pozostało pokonać ostatnie dziesięć mil.
Powitanie w marinie było zaskakujące. Zanim podpłynąłem do pomostu zobaczyłem biegnących w moim kierunku dwóch panów, którzy sprawnie chwycili rzucone cumy i pomogli przycumować jacht. Po zejściu na pomost pozostało tylko sprawdzić, czy liny są dobrze obłożone i skierować się do biura. Krótkie formalności i jestem zameldowany. 120 EURO za miesiąc postoju. Po chwili ci sami panowie pilotują mnie motorówką na wyznaczone stanowisko i odbierają dziobową cumę podczas podejścia do pomostu.
Widzę, że wszystkie jachty mają cumę zanurzoną w wodzie od strony kanału. Trochę panikuję i krzyczę do nich, że nie przygotowałem kotwicy. Patrzą na mnie i na siebie z osłupieniem po czym podają mi lazy cumę zanurzoną w wodzie. No dobrze, łapię o co chodzi, obkładam ją na rufowej knadze i czekam aż odejdą. Wyszedłem na totalnego żółtodzioba.
Po chwili się żegnamy i zabieram się za główkowanie jak poprawić cumę na knadze. Niby proste ale knaga jest "mazurska" a cuma grubości mojego nadgarstka. Do tego cała porośnięta glonami i śliska jak diabli.
Kolejne dwa miesiące spędzam w Las Palmas a jacht staje się moim domem. Mam stałe podłączenie do prądu, ciepły prysznic w marinie i doskonałe zaopatrzenie we wszystko czego tylko zapragnę. Pod koniec pobytu znam już całą wyspę i większość uliczek miasta. Powoli zżywam się z tutejszą bracią żeglarską i pracownikami mariny. Mimo palnów wypłynięcia pierwszego listopada przekładam wyjście o trzy dni. Po tygodniu silnych wiatrów jest dość wysoka fala, która ma się stopniowo zmniejszać. Żal będzie stąd odpływać, najchętniej bym tu został na stałe, choćbym miał mieszkać na jachcie. Zakochałem się w tym mieście. |
|
Komentarzy:
0
|
|
29 marzec 2009
LANZAROTE
|
Wybór padł na Puerto Calero. Dopływam o 18.00 czyli po 8 godzinach, w którym to czasie ponad godzinę straciłem na próbach zakotwiczenia w Arecife. Wiatr o sile 17 w mało nie rzucił mnie na stary zacumowany statek a kotwica w żaden sposób nie chciała trzymać. Raz wydawało się, że jest dobrze ale za chwilę wyszło, że kotwica po prostu zaczepiła o starą zatopioną cumę i po kilku minutach zaczęła się zsuwać wzdłuż liny a jacht znów zaczęło znosić na betonowe nabrzeże. Zrezygnowałem.
Cumuję przy pomoście kapitanatu i idę na rzeź, czyli tłumaczenie się dlaczego nie mam ubezpieczenia. A ja pytam dlaczego nikt nie chce ubezpieczyć mojej łódki na pływanie po Atlantyku? Oczywiście nie zadaję tego pytania obsłudze portu. Twierdzę, że jest, będzie, zaginęło ale się znajdzie i tym podobne bzdury. Tym sposobem udaje mi się przemknąć przez kolejne porty.
Poszło gładko i po chwili pracownik mariny odbiera ode mnie cumę przy wyznaczonym stanowisku. Przepych i elegancja. Polerowane mosiężne knagi, podświetlane pomosty, superjachty i cała masa sklapów i knajpek. Za 98 EURO za 5 dni. Ale co tam, raz się żyje.
Świerze pieczywo, kolacja, spacer po marinie i podziwianie prawdziwych jachtów. Przed zaśnięciem karmię stada ryb, które podpływają do jachtu.
Kolejne dni spędzam zwiedzając wyspę. Nie powiem żeby mi się nie podobała ale nie powaliła mnie na kolana. Piękne wulkany, góry, czyste morze. Ale wszystko sprawia wrażenie jakby było uśpione. Przez dwa dni nie mogę dopaść ani jednego fryzjera, który choćby na chwilę otworzył swój zakład. Jedyne sklepy, które tętnią życiem to te w centrach turystycznych ale od tego trzymam się z daleka.
Udało mi się wypożyczyć samochód na trzy dni za 70 EURO. To chyba dobra cena. Nie pobrali żadnej kaucji. Na zwiedzenie wyspy wystarczył jeden dzień, trzeciego dnia stwierdziłem, że nie mam już pomysłów gdzie można by pojechać.
Po pięciu dniach odpływam i nie żałuję. Było ładnie, odpocząłem ale myślę, że jest wiele innych i ciekawszych miejsc na tych wyspach i tam powinienem się zatrzymać na dłużej.
Pobyt na Wyspach Kanaryjskich zamierzam przeciągnąć do końca października ze względu na występujące na Atlantyku huragany.
|
|
Komentarzy:
0
|
|
29 marzec 2009
WYSPA GRACIOSA
|
Co za ulga. Całą noc nie bujało. Tylko jakieś dziwne dźwięki wczoraj wieczorem. Coś jakby cieknąca woda. Biegałem wokół łódki cały wieczór, sprawdzałem wszystkie zawory, podnosiłem podłogę. Wszystko OK. To kadłub potęguje odgłosy dochodzące z zewnątrz. Po upewnieniu się, że ZUZA nie tonie przespałem 12 godzin.
Tak, teraz już wiem, że nie samo pływanie daje mi radość a odwiedzane miejsca. W trakcie rejsu chwile szczęścia i zachwytu są krótkie choć bardzo mocne. Dobry wiatr, słońce, delfiny, wszystko to potrafi stworzyć niepowtarzalną atmosferę. Ale delfiny przypływają i odpływają.
Piękna wyspa. Mała mieścinka z przystanią jachtową, żadnych luksusów ale to miejsce ma w sobie coś szczególnego. Nic dziwnego, że wielu żeglarzy przesiaduje tu tygodniami. Kompletna cisza, puste piaszczyste uliczki, kilka sklepów, brak prądu i wody przy pomostach. Małe niedogodności ale i wiele zalet. Jedną z zalet są opłaty. Za dwie doby postoju płacę ok. 2 EURO i miło spędzam czas na pogawędce z tutejszym bosmanem. Dwa dni relaksu, spacerów po wyspie i uzupełnianie ekwipunku, głównie zakup śpiwora.
Trzeciego dnia wpływam w pobliską zatoczkę żeby pozostać na noc. Pierwszy raz mam okazję zejść do wody i pół dnia spędzam w wodzie nurkując z maską i płetwami. Wieczorem pierwsza spokojna kolacja na morzu. Delikatnie kołyszący jacht i rozgwieżdżone niebo.
Przykro będzie stąd odpływać. Zazdroszczę tym, którzy zostają. Wygląda na to, że dla wielu żeglarzy to miejsce stało stałym miejscem postoju a ich jachty nie prędko stąd wypłyną.
11 września godzina 10.00 podnoszę kotwicę i ruszam na Lanzarote. Wychodzę na wschód malowniczym kanałem. Prawą burtą mijam podwodne skały, na których nabierają rozpędu i z oszałamiającym hukiem rozbijają się oceaniczne fale. Trzymam bezpieczny dystans by zaraz za nimi skierować jacht na południe. |
|
Komentarzy:
0
|
|
29 marzec 2009
CADIZ - WYSPY KANARYJSKIE
|
Jacht płynie dość opornie. Za rufą pozostają główki portu a ja siedzę w kokpicie jak zmrożony przez kolejne dwie godziny. Trzymam kurs bezpośrednio na Wyspy Kanaryjskie. Dopiero o 12.00 wyłączam silnik i stawiam żagle. Wspaniałe uczucie. Szum wody, wiatru i czuję jak łódka sunie w wyznaczonym kierunku. Na tabliczce znamionowej widzę, że na łódce może pływać jedna osoba i 500 kilo bagażu. Uśmiecham się. Linia wodna zaznaczona na kadłubie jest pod powierzchnią wody. Samego paliwa i wody mam ze 300 kilo. Przestrzeń w kabinie jest wypełniona do granic możliwości. Każdy schowek, każda koja. Dla siebie wygospodarowałem pół dziobowej koi. Myślę, że wiozę coś ok. 1,5 tony. Totalna partyzantka. Oddycham z ulgą gdy brzeg Hiszpanii zaczyna znikać za horyzontem. Do diabła z biurokracją, tu już nikt mnie nie zapyta o dokumenty łódki, zezwolenia, patenty i inne papierki. Trochę źle zagospodarowałem czasem i o północy trafiam na przecinającą moją drogę "autostradę" czyli trasę statków zmierzających do Cieśniny Gibraltarskiej i wracających z tamtego kierunki. Zapominam o spaniu i podziwiam mijające mnie kolosy. Zresztą czy chcę czy nie muszę siedzieć przy sterze bo po całodziennych próbach autopilota nie udało mi się go ustawić. Wciśnięcie guzika AUTO powoduje u niego chwilę zawachania a później zwrot o 180 stopni. Uczę się powoli wszystkich podstawowych rzeczy. Dla bezpieczeństwa zakręcam wszystkie zawory co zmusza mnie z korzystania z toalety na świerzym powietrzu. To cała ceremonia rozpoczynająca się od założenia szelek i przypięcia się do jachtu. Na szczęście jestem na tyle bystry by sikać na zawietrzną. Gorzej z poważniejszymi sprawami czyli ... hm. Najlepszym miejscem okazała się platforma kąpielowa na rufie. Gdyby mnie ktoś wtedy zobaczył to by się nieźle uśmiał. Narciarz za żaglówką. Powinienem założyć sobie na rufie lusterko wsteczne bo nigdy nie mogę skorzystać z toalety w spokoju. Od momentu kiedy zobaczyłem na wodzie płetwę rekina zawsze nerwowo zerkam za siebie.
Po dwóch dniach czuwania przy sterze i przepłynięciu 160 mil zrzucam grota, roluję do połowy foka i ustawiam na sztywno ster. Wchodzę do kabiny i padam na koję. Budzę się po 10 godzinach.
Pierwszą czynnością jest postawienie żagli i odblokowanie steru. Później ustawiam jacht na właściwy kurs i wyłąpuję momenty, w których jacht łapie samosterowność. To są moje chwile odpoczynku lub krótkie przerwy, które poświęcam na jedzenie lub rozprostowanie kości.
Po czterech dniach odkrywam sposób na sen. Nie śpię wtedy kiedy przychodzi godzina, o której normalni ludzie kładą się spać tylko wtedy kiedy się da. Wyłąpuję momenty kiedy wiatr słabnie a fale stają się łagodniejsze i wtedy znikam wewnątrz. Nie trwa to dłużej niż dwie godziny. Po próbach spania na plecach, na brzuchu, po testach z rozkładaniem szeroko rąk i nóg stwierdziłem, że to nie działa. Rzuca mnie wtedy po całej koi i nie sposób zasnąć. Ułożyłem więc coś w rodzaju wąskiego tunelu obkładając go plecakami, żaglami i ubraniami. Wciskam się w to i tak zasypiam chroniony przed rozbiciem głowy o drewniane elementy obudowy. No tak. To jest po czterech dniach. Pierwszy sen przyszedł po dwóch i wtedy niewiele słyszałem i niewiele mnie interesowało. Gorsze były dwa kolejne dni. Myślałem, że zeświruję a zamykając oczy widziałem tonący jacht. Sprawcą moich męk był miecz. Tłukł niemiłosiernie na każdej fali. Kadłub dodatkowo wzmacniał dźwięk i przenosił go wprost do mojej głowy za każdym razem gdy przyłożyłem głowę do poduszki. Po dwóch dniach prób zaśnięcia skontaktowałem się z Panem Tomkiem, konstruktorem jachtu i usłyszałem... podnieść, nic się nie stanie. W międzyczasie zdążyłem odkręcić podłogę, dokręcić śruby trzymające balast i wylać wiadro wody z zęzy. Widmo zatonięcia i rozszczelnienia balastu dręczyło mnie do momentu podniesienia miecza. Po podniesieniu ustąpiło choć co drugi dzień wybieram zęzy pół wiadra wody.
Piąty dzień żeglugi. Przez całą noc bawiłem się w ciuciubabkę ze statkami rybackimi. Nawet miałem wrażenie, że jeden mnie ściga i przez dwie godziny przed nim uciekałem aż zmienił kurs i został za rufą. Inny pojawił się przed dziobem i małpował moje manewry. Cokolwiek robiłem zbliżał się do mnie i nie mogłem uniknąć kursu kolizyjnego. Chyba mieli dobrą zabawę bo dopiero w odległości 200 metrów włączyli czerwonego koguta i wszystko co mieli do podświetlenia łodzi i zmienili kurs na bezpieczny. Ominąłem ich od strony rufy szerokim łukiem bojąc się, że ciągną jakieś sieci.
W dzień odkrywam, że miałem dużo szczęścia nie pakując się w sieci, których jest dosyć dużo. Co jakiś czas mijam różnokolorowe boje i tyczki z chorągiewkami. Kolorystyka dowolna więc za każdym razem główkuję gdzie może być początek, gdzie koniec a gdzie środek tej plątaniny lin. Omijam to wszystko z daleka.
Meczy mnie brak papierosów. Świadomie ich nie kupiłem z postanowieniem skończenia z nałogiem. Nie jest to najlepszy moment na taką decyzję. Godziny za sterem i zamiast skupienia jestem coraz bardziej rozdrażniony. Brak nikotyny w organiźmie, czy psychika i chęć puszczenia dymka co tak bardzo lubię.
Kusi mnie wpłynięcie do Maroka, kilkudniowy postój i oczywiście kupienie zapasu papierosów. Rezygnuję. Wizja kontroli celnej, przekopania przez oficjeli całego jachtu i konieczność ponownego wciskania wszystkiego na swoje miejsca skutecznie mnie zniechęca.
Widać brzegi Afryki, słucham muzyki Maghrebu i obiecuję sobie odwiedzenie tego regionu podczas kolejnego rejsu.
Od dwóch dni biegam na golasa. Sól wchodzi w ubranie i ciągnie wilgoć. Wszystko staje się sztywne i zaczyna śmierdzieć. Zrzucam to z siebie. Łapię promienie słoneczne i chłodzę się potokami morskiej wody wylewanej na siebie przy pomocy wiadra.
Skupiam się na drobnych naprawach, konserwacji i sprawdzaniu takielunku.
Idę na dziób i zawieszam kotwicę. W momencie gdy usiłuję założyć zatyczkę słyszę czyjeś krzyki. Zatyczka ląduje w wodzie a ja jak głupek leżę na koszu dziobowym z wypiętym gołym tyłkiem i trzymam pod dziobem ciężką kotwicę. Odwracam się. kilka metrów od lewej burty widzę małą drewnianą łódkę rybacką a na niej kilku roześmianych rybaków. No tak, śmieją się ze mnie a może z mojego białego dupska, którego jeszcze nie zdążyłem opalić. Skąd oni się tu wzięli? Zanim zacząłem wieszanie kotwicy sprawdziłem wszystko dookoła jachtu. Nikogo nie było. Widocznie akurat w tym momencie łódka musiała być w dolinie między falami i ich nie zauważyłem.
Chyba mam głupią minę ale wciągam kotwicę na pokłąd i lecę po gacie. Po chwili zaczynamy targi i za cztery puszki piwa mam na pokładzie dwie paczki papierosów. Żegnamy się a ja zapominam o kotwicy i sięgam po zapalniczkę. Po kilku głębszych wdechach wszystko wiruje a ja nie czuję nóg. Marokańskie papierosy, mocne. Po umocowaniu kotwicy przeprowadzam całą ceremonię. Robię herbatę i wtedy zapalam jeszcze jednego. Jak w dobrej knajpce. Nie ma wiatru więc mogę się delektować chwilą słuchając arabskiej muzyki. Krótka chwila ale miejsce i sytuacja wyjątkowe. Jedna z najpiękniejszych w czasie tego rejsu.
Po ośmiu dniach docieram do Wysp Kanaryjskich. Moim celem jest wyspa Graciosa. Niestety widzę ją o drugiej nad ranem i postanawiam stanąć w dryfie na wysokości wyspy. Włączam wszystkie urządzenia sygnalizacyjne i alarmowe a spokojny dziś ocean szybko utula mnie do snu.
Rano stwierdzam, że sen kosztował mnie kilka mil dryfu na południe i powrót na wysokość kanału wejściowego pomiędzy Graciosą a Lanzarote zajmuje mi ponad dwie godziny. Równo w południe cumuję przy pomoście mariny na Graciosie. Pierwszy odcinek rejsu pokonany.
|
|
Komentarzy:
0
|
|
29 marzec 2009
CADIZ
|
Czyste szaleństwo. Łatwo było mówić ale dziś wszystko staje się faktem, 28 sierpnia 2008 wsiadam w Madrycie do przeładowanego Hyundaia Terracana i wraz z dwójką odważnych kierowców ruszamy do Cadiz. Za nami dwuosiowa przyczepa z jachtem, za szybami winnice i hiszpańskie wioski. Wszystko przewija się w takim tempie, że nie mam czasu na rejestrowanie otoczenia. Pogrążyłem się w myślach. Waldek, bosman YKP zadaje mi mnóstwo technicznych pytań dotyczących żeglowania. Unikam odpowiedzi zmieniając temat bo krótko mówiąc nie mam zielonego pojęcia o tych rzeczach.
Na szczęście odpuszcza i po kilku godzinach docieramy do celu. Błądząc po mieście znajdujemy wreszcie miejsce, w którym zwodujemy jacht. Jest środek nocy. Mimo zmęczenia nikt nie idzie spać. Idziemy na falochron, chodzimy po przystani. Marina Puerto America jest ostatnią przystanią w całym porcie. Dalej już tylko Atlantyk. Po plecach przechodzą mi ciarki. Jest czarny, wzburzony i nieprzyjazny. Czy na pewno tego chcę?
Wreszcie o czwartej nad ranem padamy, każdy w jakimś koncie. Ja znalazłem miejsce w kabinie jachtu na podłodze. Mój przyjaciel dostosował się do mojej prośby i zapakował wszystko co związane z turystyką i pływaniem. Zapomniał tylko o pozostawieniu miejsca dla sternika. Rano odkryję, że mam 15 kanistrów na paliwo, 20 kamizelek asekuracyjnych i mnóstwo innych rzeczy, które są zbędne i albo je wyrzucę albo zabiorę bo do samochodu się nie zmieszczą.
Rano pobudka, stawianie masztu, mocowanie olinowania i grzebanina w środku w celu odszukania części wyposażenia. W biurze mariny kręcą nosem bo nie mam ubezpieczenia na jacht i nie mają miejsca na tak mały jacht. Mają na jacht 15 metrowy. Nie pozostaje nic innego jak zdecydować się na ten luksus i zwodować jacht. Wodowanie za 70 EURO i postój za 18 EURO za dobę, Trudno. Trzeba porządkować wnętrze i uciekać na morze. Po opuszczeniu łódki na wodę okazuje się, że silnik nie ma chłodzenia. Z opresji szybko ratuje mnie Waldek. Sprawdza pompę a następnie zalewa instalację wodą. Zaskoczyło, możemy przestawić ZUZĘ na miejsce postoju.
Jeszcze tylko zaopatrzenie i zostaję sam. Odwlekam ten moment jak najdłużej wiedząc, że po ich odjeździe nie będzie wyjścia. Niestety po herbatkach, kawkach, papieroskach nadchodzi moment pożegnania i zostaję sam.
Do późnych godzin nocnych porządkuję wnętrze szukając właściwego miejsca dla każdego przedmiotu. Sprawdzam urządzenia, elektronikę. Zasypiam z mapą przy nosie. W nocy nachodzą mnie koszmary, ryczące czterdziestki, wywrotki jachtu i widmo niekończącego się dryfowania po bezmiarze oceanu.
Nowy dzień wita mnie słońcem i dodaje odwagi. Wszystkie obawy odeszły w zapomnienie, sam się dziwię, żę z ulgą uruchamiam silnik i wybieram na pokład cumy. 30 sierpnia o godzinie 10.00 wypływam z przystani. |
|
Komentarzy:
0
|
|
|